Pstryk...
Środa, 12 listopada 2008
· Komentarze(3)
Kategoria Nieudane wypady...
Pstryk i popędził mnie pies, mieszanka Amstafa...ja w długą on za mną...kątem oka widzę 31 na liczniku...oglądam się i pies już na kole z rozdziawionym pyskiem...Następnie ciemność, ból i szok...leżę rozwalony na ulicy ,cham na zagrodzie widzi i nie udziela mi pomocy ,to samo babsztyl w następnym obejściu...z głowy leje się krew, później założyli mi 5 szwów...gęba zdarta,łokcie i kolana pozdzierane...lewa noga tak boli że nie mogę chodzić...na szczęście mam komórkę...po pół godzinnej jeździe , żona zabiera mnie z trasy autem...
Po opatrzeniu mnie u lekarza i założeniu szwów...wracam na miejsce wypadku...właściciele są w szoku, byli poza domem...
Dochodzimy do ugody...
Odzyskałem straty podartego stroju i pokiereszowanego rowera..
Zdrowia nikt nie wróci...
Teraz zwolnienie i rehabilitacja...
Gęba cała zdarta na maxa, jadę na prochach...
Za parę dni wrzucę foty, pozdrawiam...

I teraz 2 dni po tym wypadku siedzę w domciu i na spokojnie analizuję sytuację która zaistniała...
Wyłania się coraz więcej szczegółów a zarazem jedna tajemnicza i zagadkowa sprawa której na zdrowy rozum nie potrafię wyjaśnić...a mianowicie
Kierunek jazdy i ucieczki przed psem...
A więc ruszam z domu rowerem w stronę Oleszna, mijam Ziemsko i Studnicę, dojeżdżam do głównej trasy Ińsko - Recz, skręcam w lewo i jadę w stronę Stargardu Szczecińskiego, przejeżdżam przez wieś Sulibórz i tu jest pierwszy incydent, przez szosę przechodzi gospodarz za nim biegnie pies, mijam ich rowerem i nagle pies odwraca się i biegnie za mną, dworus nie reaguje, pies mnie gryzie w buta, drę się na niego, wtedy odskakuje a ja jadę dalej...
Przejeżdżam przez następną wioskę Suliborek, miejsce mojego przyszłego koszmaru...mijam ją i pędzę przed siebie aż do ruchliwej autostrady , robię rowerem nawrót i wracam do domu, na liczniku mam około 50 km...
I tu następuje rekonstrukcja wypadku jakim go pamiętam...
Jadąc przez wioskę, słyszę i widzę że na werandzie willi 50 m od szosy biegną dwa psy głośno szczekając, nagle zrywają się w moją stronę, naciskam pedały i próbuję im uciec,wydaje się że odległość jest bezpieczna...
Patrzę na licznik, 31 km na godzinę, oglądam się przez lewe ramię i widzę psa na wysokości tylnego koła mego roweru...
Teraz następuje luka w pamięci...następna scena to
Stoję na poboczu i ocieram krew z twarzy, obok leży rower, z naprzeciwka wychodzi gospodarz, proszę go o wodę by się obmyć, a on mi mówi...
,,Panie ja też mam złego psa i boję się tam iść bo mnie zaatakuje...''
Patrzę na gościa zdziwiony i mówię ,,Co za k....a wioska wściekłych psów''
Facet coś mruczy i cofa się do chałupy...
Z następnej zagrody wychodzi kobieta i patrzy na mnie zdziwiona...mówię jej że zaatakował mnie pies, ona na to ,, No właśnie widzę , że coś tu się stało''
Pytam ją o kierunek drogi do Drawska...pokazuje że w lewo, patrzę na nią zdziwiony i pod nosem mruczę ,,Co ty babo pierdolisz '' ? i ruszam w prawo
Ale kierownica mego górala jest wywinięta w 2 stronę...szczęki hamulcowe zaciśnięte na maxa, po za tym rower wydaje się być nie uszkodzony, zaczynam ją prostować...udaje się, odblokowuję hamulce i mimo że rower piszczy i obciera to jedzie...
Sięgam po telefon komórkowy i macam, oglądam ...jest cały,więc ok
Obracam go w rękach parę minut nie wiedząc co z nim zrobić...jestem cały czas w szoku...w końcu wybieram numer do żony i dzwonię...
Głucha cisza,jest sygnał ale nikt nie odbiera...
Dzwonię do kumpla Mariusza, dzięki którego radom od paru dni mam komórkę na treningach przy sobie..
Jest, odebrał...proszę Go by powiadomił żonę o wypadku i niech mnie odbierze...wsiadam na rower i jadę
Po 2-3 km słyszę za sobą motor, zatrzymuję się i macham ręką na motorzystę...staje i patrzy na mnie zdziwiony...jestem cały zalany krwią i on jako pierwszy który zainteresował się moim stanem zdrowia...dzięki Ci chłopie
Mówi mi że żle jadę do Drawska, więc zdziwiony zawracam i myślę sobie ,,cholera jednak kobieta miała rację'' no trudno w szoku nie myśli się racjonalnie...dojeżdżam do Suliborka mijam pechową willę i tu znów następuje atak przez tego samego psa...Zeskakuję z roweru, zasłaniam się nim i wrzeszczę na psa...ten rezygnuje w końcu a ja wystraszony wskakuję na rower i odjeżdżam od tego przeklętego miejsca...po 15 km dzwoni kumpel i się pyta czy mnie żona odebrała, bo ją powiadomił ? I właśnie w tym momencie zza zakrętu wynurza się samochód mojej żony...Ja szczęśliwy zeskakuję z roweru, i teraz dopiero odpuszcza mnie trochę strach, a zaczyna się ból obitego ciała...
W szpitalu założono mi na głowę 5 szwów, zlikwidowano potężnego krwiaka, mam zdarte oba łokcie i oba kolana, nie mogę ruszać lewą nogą, trochę uszkodzony nos , podbite oko,zdarte palce,rana na głowie w kształcie litery X,podarte spodnie, podrapane ręce, boli mnie mostek, to chyba efekt uderzenia w kierownicę, cała gęba zdarta, ramiona też...boli mnie całe ciało, 2 noce pod rząd nie mogę z bólu spać, żona przy mnie też, ale najgorsze mam już za sobą, teraz chyba będzie już tylko lepiej...ale żyję i dziękuję Bogu za to...
No i właśnie czas na konkluzję...
Jak to się stało że jadąc do Drawska, przez psa goniony byłem w odwrotnym kierunku, nie przypominam sobie abym wykonał jakiś nawrót i po co ?
Chyba tej zagadki już nie uda mi się rozwiązać...
Po opatrzeniu w szpitalu wracamy z żoną na miejsce wypadku i składamy wizytę właścicielom psa...ale to już temat na inne opowiadanie...
Teraz kiedy to sam przeczytałem, zakręciły mi się łzy w oczach, bo zdałem sobie sprawę z grozy całego wypadku...przy tej szybkości na rowerze bijąc gołą głową o asfalt, uciekłem chyba śmierci z pod kosy...niech to szlag...durni nie sieją , sami się rodzą...
Nigdy więcej w trasę bez kasku na głowie..
Już mam nowiutki, przymierzałem przed lustrem, cholera całkiem, całkiem...jeszcze w nim poszaleję po polskich drogach...z tym że oczy muszę mieć dookoła głowy...
499. Prowadzi BIKElog ranking: pkt 0.000 / 5.0 cigane 3015.0 100.0% 23.82

