Parno i duszno, pot mnie zalewał od rana, a już myślałem że po lecie, no jeszcze parę dni i będzie chłodniej, później jeszcze wyskoczę na mały spacer...kawałek sernika na zimna zarzucam i jadę do Żołędowa...starczy, parówa dziś niesamowita, chyba zaraz zacznie padać...
Godzina 5,45 już nogi w noski i do przodu , trasa Żołędowo - skrzyżowanie Ińskie...pogoda wyśmienita, bezwietrzna i chłodno, w sam raz dla mnie...po obiadku i obejrzeniu na DVD filmu ,,Flock'' [Drapieżnik] mały spacer do Ziemska...
Powtórka z rozrywki...trasa skrzyżowanie Ińskie z paroma małymi nawrotami...dziś przekroczyłem 7 tys. km na szosówce... Godzina 19,40 wskakuje na rower i mały interwał do Dzikowa przed snem..
Godzina 5,00 wyjazd, zaczyna świtać a ja zaczynam pedałować...Ostrowice - małe śniadanko w domu , bo zapomniałem swojej frotte od potu i do Gudowa - Żołędowo i na tej trasie masakra, ruch jak na Marszałkowskiej, 3 razy zimny pot mnie oblewał jak mijali mnie barany o milimetry...potem ucieczka z tego tłoku do Ziemska, kanapka , parę rundek koło lotniska i do domciu...bo ogórasy trzeba wekować... Klasyfikacja 92...
Godzina 4,00 rano, a właściwie jest jeszcze ciemno robię dwa kółka wkoło miasta i w trasę...Kalisz - Złocieniec - Gudowo - Mielenko i finisz... Klasyfikacja - 144...
Już o tej porze byłem na siodełku, pobudka wczesna jak mawia nasza miła Bikergonia i tu pozdrawiam kolarke...kurs do Kamiennego Mostu z małymi odskokami i powrót w silnym wietrze, ale rano jedzie się w chłodku i jest niesamowicie cicho, w mieście po za policją nie widać nikogo, mijam miasto duchów i wypadam na wylotową w lekkich promykach słoneczka...wróciłem głodny jak wilk, i 5 jaj wsunąłem jak nic, własne pozacierałem, poprawiłem Grześkiem i jabłkiem...
O 7,30 na rower i do Żołędowa na poranny spacer, zaczyna się robić gorąco, pewnie jeszcze dziś trochę pojeżdżę... Małe śniadanko i w drogę za Ostrowice na krzyżówkę...dystans podobny Pospałem trochę , znowu mały wyskok na most za Harcerska Górką...
Godzina 3,30 pobudka, za oknem ciemno a ja już ruszam w trasę parę km za Chociwel,po wczorajszych obtarciach dziś znacznie gorzej mi się jechało... a i słoneczko szybciej się wynurzyło, słabsze znacznie tempo, pod koniec już grzało nieźle...
Dawno tak fajnie mi się nie jechało jak dziś, wstałem o 4 rano, 2 kanapki które notabene przywiozłem z powrotem...Chłodny , orzeźwiający wiaterek , rosa na trawie, mgiełki nad łąkami i wynurzające się słońce , tych widoczków mi brakowało...trasa do Chociwela, potem odskok do Mielenka sprawdzić czy już drogę Harcerską dokończyli, ale niestety jeszcze nie i do domu na zasłużony wypoczynek...wieczorem goorala potestuję pod kątem przebijanych dętek, już mam pomysł na lokalizację intruza... Godzina 13,00 - Nie wytrzymałem i wyskoczyłem za miasto testować goorala, na 4 km do Gudowa flak, ok 4 km wracam pieszo i co się okazuje po oględzinach...klocek hamulca źle przykręcony przetarł dziurę w oponie, no to sobie na niej pojeździłem, szkoda ...Authora była...teraz tylko hamulce wymienić i po kłopocie bo już stare i ostre kanty mają, ale to chyba nie szybko bo brak kasy i praca wisi na włosku, wracam na szosówkę... Godzina około 20,00 - dopada mnie cykloza, więc jadę w stronę Woliczna, ale tam tłok cofam się na Konotop...tu jest ok...no ale mimo wszystko duszno, ponieważ o tej godzinie jeszcze nie jeździłem , więc nie było źle...i tak z głupia frant w 3 etapach 160 km przejechałem... Aha i po raz pierwszy pozwoliłem sobie na jazdę bez kasku...
Dziś znowu dosiadam goorala i w drogę, ale miękko mi się jedzie, no tak - mało powietrza, więc w Ziemsku zawracam i na SKR podpompować, ooo...teraz czuję że idzie jak burza,ale po wczorajszej kiszce strach gdzieś dalej odskoczyć, więc lecę do Żołędowa, dawno nie byłem na moście, jadę lasem na pole namiotowe , przyjemnie jest się ochłodzić w rzece mokrym ręcznikiem , parno dziś niesamowicie, powrót do domciu na obiad, rower sprawuje się dobrze...godzinka relaksu i w drogę, ale zaczyna grzmieć, w Gudowie łapie mnie deszczyk, taki miły że chłodzi i chce się jeździć, przejeżdżam przez kolonię Mielenko, skręcam na Gudowo i do domu, niezła pętla coś ponad 24 km...jeszcze kółko koło stadionu i ....pssssssss Na sam finisz złapałem gumę i w dodatku zaczyna już lać, dobrze że nie złapałem kichy gdzieś dalej, jutro idę do sklepu po nową dętkę, pech mnie nie opuszcza a już myślałem że inwestycja w ten rower na jakiś czas zakończona...mhmmm