Wpisy archiwalne w kategorii

Rajd miesiąca...

Dystans całkowity:2704.54 km (w terenie 308.00 km; 11.39%)
Czas w ruchu:106:11
Średnia prędkość:25.47 km/h
Maksymalna prędkość:52.70 km/h
Liczba aktywności:15
Średnio na aktywność:180.30 km i 7h 04m
Więcej statystyk

200 km...aaaa...rowery dwa

Niedziela, 25 kwietnia 2010 · Komentarze(2)
Tylko słonko wyjrzało , ja już na rowerze...pierwszy rzut do skrzyżowania Ińsko , powrót do Ziemska , dalej na Ginawę - odcinek z Drawska do Ginawy należy chyba do najbardziej dziurawych szos w Polsce , dobrze że to tylko kilkanaście km, Wiewiecko i pod Węgorzynkiem Małym spotykam się z Piotrkiem , wracamy do Drawska , on pije kawkę ja herbę ,zmieniam goorala na Gianta i lecimy na Kalisz Pomorski , potem Mirosławiec , parę fot pamiątkowych i kierunek Złocieniec, na wlocie na tę boczną trasę wita nas: 3 dziury z lewej strony , 3 dziury z prawej , dobrze że środkiem był pasek asfaltu , żałuję że nie zrobiłem foty ,może następnym razem...potem z wiatrem do Drawska , odprowadzam koleżkę do rogatek i pędzę do Dzikowa , następnie w Mielenku skręcam na Gudowo i do domu , bo głodny jestem okrutnie...piękny dzionek i dystans , jestem zadowolony...nie ma to jak nieplanowane długie wypady , sam bym zrobił pewnie trochę powyżej 150 km...




Gooral - 107,82 km - 6294 km...czas 4,35
Giant - 96,80 km - 8375 km...czas 4,09
Tydzień - 407,49 km...

Cudowny chłodny poranek...

Poniedziałek, 10 sierpnia 2009 · Komentarze(1)
Godzina 4,30 i już tnę ciemnymi uliczkami miasta,kierunek Chociwel, na wysokości Kamiennego Mostu nadal objazd, wracam pod lotnisko , parę kółeczek i pora do domku na śniadanie...jest 9,50 i zapycham ,,małosolny ogórec'' pychota...złamało mnie spanko na pół godzinki i dalej do Żołędowa, ale wiatr niesamowity i tłok aut w mieście i za miastem...ale 40 km pyknąłem...

Lipcowy poranek - Uriah Heep

Piątek, 3 lipca 2009 · Komentarze(2)
Dawno tak fajnie mi się nie jechało jak dziś, wstałem o 4 rano, 2 kanapki które notabene przywiozłem z powrotem...Chłodny , orzeźwiający wiaterek , rosa na trawie, mgiełki nad łąkami i wynurzające się słońce , tych widoczków mi brakowało...trasa do Chociwela, potem odskok do Mielenka sprawdzić czy już drogę Harcerską dokończyli, ale niestety jeszcze nie i do domu na zasłużony wypoczynek...wieczorem goorala potestuję pod kątem przebijanych dętek, już mam pomysł na lokalizację intruza...
Godzina 13,00 - Nie wytrzymałem i wyskoczyłem za miasto testować goorala, na 4 km do Gudowa flak, ok 4 km wracam pieszo i co się okazuje po oględzinach...klocek hamulca źle przykręcony przetarł dziurę w oponie, no to sobie na niej pojeździłem, szkoda ...Authora była...teraz tylko hamulce wymienić i po kłopocie bo już stare i ostre kanty mają, ale to chyba nie szybko bo brak kasy i praca wisi na włosku, wracam na szosówkę...
Godzina około 20,00 - dopada mnie cykloza, więc jadę w stronę Woliczna, ale tam tłok cofam się na Konotop...tu jest ok...no ale mimo wszystko duszno, ponieważ o tej godzinie jeszcze nie jeździłem , więc nie było źle...i tak z głupia frant w 3 etapach 160 km przejechałem...
Aha i po raz pierwszy pozwoliłem sobie na jazdę bez kasku...

Nowy rekord - Piękna pogoda, trasa i dystans...

Niedziela, 24 maja 2009 · Komentarze(1)
5.45 już na nogach z mocnym postanowieniem podłączenia się pod grupę kolarzy którą widziałem 3 tyg.wcześniej w Stargardzie Szczecińskim...na rozgrzewkę do Konotopu a potem Ińsko - Chociwel - Stargard Szczeciński...jestem przed czasem czyli 9,40 więc skręcam na Nowogard i kręcę się po okolicy, tutaj już ruch większy ale szosa jest cacy, wyśmienita, robię na przystanku śniadanie a ich nie ma...więc ruszam do Nowogardu, zły że nie pojadę w grupie, dopiero później zajarzyłem że to był maraton, a nie luźna grupa kolarzy, no trudno...pogoda jak dla mnie wyśmienita , od rana chłodno i lekki wiaterek... za Maszewem mija mnie samotny kolarz , wymieniamy pozdrowienia, ja laitowo 27-29 a on nieźle ciśnie, postanawiam to sprawdzić no tak 37-39 na liczniku , wytrzymuję takie tempo przez kilkanaście km...potem powoli mi odjeżdża, na koszulce miał ,,Goleniów'' pewnie z klubu gość, ale co to ? przed samym Nowogardem na którymś zakręcie miga mi znajoma sylwetka, naciskam pedały i w samym mieście Go dochodzę, więc nie jest żle z moją kondycją...skręca na Kamień Pom, ja zanim, on chodnikiem ja szosą za miastem zakręcam z powrotem, czas do domu, po 200 km zaczynają mi drętwieć nogi w przyciasnych butach, robię postój i tak jeszcze ze 3 razy, przeklinam te buty, w bidonie skończyła się herbata, jak zwykle wybrałem się bez kasy na wariata...siodełko za bardzo pochylone więc cały ciężar ciała przenosi się na ręce...w Ińsku już na resztkach sił dopadam jeziora, teraz kiedy się opiłem jezioranianki, dostaję kopa...jeszcze raz uzupełniam bidon w moim źródełku i do Dzikowa, zaliczam na finisz górę i do domu...12 godzin jazdy w ,,imadle'' to trochę za dużo...wróciłem do domu poważnie osłabiony, telefon od kumpla że czas grillować, więc idę z Jolą, ona delektuje się Advocatem ja browarkiem, jak mi te piwo smakowało...hehehe

Kolejny rekord życiowy pobity nieznacznie...

Niedziela, 3 maja 2009 · Komentarze(5)
Ale sukcesem trzeba się upajać powoli aż do 400 km...choć nie ukrywam że w pewnym momencie podjąłem taką decyzję , że dziś pojadę 400 km, ale powracający Poznaniacy z urlopów wybili mi to z głowy, po południu tłok jak na Marszałkowskiej...zrobiłem jeszcze błąd z nowymi butami i odcierpiałem swoje , bo nogi miałem jak w kajdanach...
Rano już o 5tej byłem na rowerze a tu przykra niespodzianka, niemożliwe zimno...po 35 km chciałem już dać sobie na luz...w końcu po gorącej herbatce ruszyłem do Żołędowa potem na Ińsko, Chociwel i Stargard Szczeciński , tam jem śniadanie i widzę grupę 10-15 kolarzy wyjeżdżających z miasta, wskakuję na rower i pędzę za nimi,kiedy do nich doskoczyłem, to skręcili na Nowogard, ale 2 jedzie na Dobrzany,na koszulkach maja emblematy sportowe ,,Lipiany'' trochę jak dla mnie słabe tempo więc macham im pozdrowionko i lecę do przodu, dalej odbijam na Dobrzany i wracam do domu na obiad,mam już 240 km pykam jeszcze raz Żołędowo i Łobez i żona telefonicznie wzywa mnie do domu , bo dzieciaki zabrały klucz...

Niedziela palmowa w Stargardzie Szczecińskim...i rekord

Niedziela, 5 kwietnia 2009 · Komentarze(10)
A rano wyglądało tak że już po 20 km chciałem wracać do domu, bo szykowało się na deszcz, takie szare niemiłe niebo przez parę godzin straszyło...Oj, nie było łatwo, nie było...ale się udało
Nogi bolą , ale jaka ulga , że to już za mną...
Moje ostatnie 7 dni na rowerze...1.269,22 km
Zacząłem skokiem na Chociwel, potem się najarałem na Stargard Szczeciński...na 84 km pod Zachodniopomorską Szkołą Biznesu nawrót, i do domu na obiad, cały Chociwel rozkopany, oj jak zrobią to się pojeździ po tej poszerzonej autostradzie...po obiadku wypad na Kalisz i Złocieniec...znowu marsz po bruku około 1,5 km...mam już grubo ponad 200 km jest około 16,00 i szybka decyzja...próba pobicia dystansu na 300 km...kiedy wyskoczyłem na odkryty teren za Kalisz , wiatr prosto w twarz, pomyślałem sobie wtedy , chyba nici z 3setki, ale jadę dalej...wpadam umordowany do Drawska a tu około 50 km brakuje do 300 km...Pędzę na wylotówkę do Łobza , nawet fajnie się jedzie ale wąsko tu i full aut się kręci, więc pryskam na Węgorzyno, po paru km cofam się bo wiatr nie daje jechać...jeszcze 30 km, zmęczenie daje znać a na wylotowych gdzie się nie ruszę to wiatrzysko w pysk, aż z rowera wyrywa...jadę z powrotem na Ińsko...nawrót i do domu najwyższy czas, bo zmrok zapada a ja bez świateł, śmigam przez miasto jak błyskawica, jest udało się...ponad 300 km...a 3-4 razy już chciałem rezygnować, dobrze że jestem uparty..jutro odpoczynek i do regularnej pracy...moje marzenia na ten rok się spełniły, szybciej niż myślałem, teraz mogę sobie z aparatem pojeździć na ,,bezkrwawe łowy''...a na jesień jak ruszą chłody, może zaryzykuję na 350 km ? Hehehe...
P.S
Przydał by się partner do jazdy, ciągle sam i sam, nie ma nawet do kogo gęby otworzyć...chciał bym pośmigać w grupie , bo to inna technika jazdy...

Rekord w ostatni dzień urlopu...

Piątek, 3 kwietnia 2009 · Komentarze(5)
Nie przejdziemy do historii szumni jak w piosenkach,
Nie będziemy stali w glorii, z rowerami w rękach.
Rozedrgane nasze cienie żółty kurz otuli,
Jak toczące się kamienie z niebotycznej góry.

Ale póki co, ale póki czas
Spróbujmy chwycić w dłonie umykający wiatr.
Ale póki co, ale póki czas
Spróbujmy zapamiętać, że żyć nam przyszło raz...


Parafrazując utwór Klenczona, pojechałem sobie, bo pogoda wymarzona, wiaterek zimny ale nie mroźny, słonecznie i żal że teraz nie mogę wykorzystać urlopu...ale i tak był to jeden z najpiękniejszych urlopów w moim życiu...
CDN...
Etap II...
Jem obiadek i w drogę, przy wyjeździe z miasta na 3 wpycha mi się radiowóz, no panowie policjanci taki przykład dajecie kierowcom ? Z wiadomych względów w realu nie mogłem, bo byście mnie do końca życia umilali życie, więc teraz proszę...

Potem była trasa na Kalisz - Złocieniec - Lubieszewo z tego 1,5 km przemaszerowałem po bruku bo mi rowerka szkoda...
W domu doładowuję prowiant w kieszonki, i dalej na Ińsko - Chociwel - Oleszno zakręt na Konotop , nawrót i do doma...
Kolejny rekord pobity...wow
Złożyło się na to :
Wyśmienita pogoda...dobrze zaopatrzony ,,bufet'' podręczny...regulacja i obniżenie siodełka...oraz myśl że to koniec urlopu...
Muszę przyznać że urlop spędziłem ,,pracowicie'', ale już jutro do pracy solidnie ,,odpocząć''...hehehe

Ostatnie 7 dni na rowerze...1039,74 km

Kolejny rekord życiowy pobity...

Poniedziałek, 30 marca 2009 · Komentarze(5)
Pogoda niepewna, ale w miarę bez wietrznie...pomykam na Żołędowo,wracam pod rampę wojskową i tnę na Ińsko...około 10,00 wyłazi niemrawie słoneczko...mijam Ińsko,Chociwel i wpadam na wylotową do Nowogardu...piękna szosa...ale przez 2-3 km, dalej polskie drogi, dziura na dziurze i full ciężarówek pcha się tędy do pobliskiej żwirowni...robię nawrót i z powrotem już jestem na drodze do Kamiennego Mostu...cichutko tu, szosa jak talerz, autko śmignie raz na pół godziny, więc gdzie ja indziej szukam wrażeń ?
Obliczyłem , że od mojej chawiry do Chociwela i z powrotem jest ponad 100 km...i na tym odcinku mija mnie dosłownie około 10-15 samochodów...żyć nie umierać...
Słońce grzeje coraz bardziej, a ja już wiem że znowu będę w taką pogodę próbował nieźle pojeździć, tym bardziej że liczyłem jakieś ponad 2.ooo km zrobić w tym miesiącu, może się uda, jeszcze tydzień urlopu mi został, to skończy się bicie rekordów...
160 km na liczniku i zajeżdżam do domciu na obiadek, o 14,30 ruszam dalej...zaliczam Gawroniec i na dziś starczy
Przyznam szczerze że ta przerwa żle na mnie wpłynęła, tę 2 setkę z marszu lepiej bym pyknął, a pogoda była dziś wymarzona...może to już prawdziwa wiosna ?

Nowy rekord życiowy...

Czwartek, 26 marca 2009 · Komentarze(10)
Na rozgrzewkę do SKR dopompować koła kompresorem,potem w ramach porannej wycieczki do Żołędowa...i pierwszy etap podróży za mną...Tak z głupia frant pykam rano 40 km, wracam na posiłek i w drogę, trochę się ociepliło więc narzucam tempo,wpadam w rytm i na prostej udaje mi się momentami jechać 40 km na godzinę...zaczyna mi się ta szosówka podobać...kiedy mam około 100 km na liczniku pogarsza się gwałtownie pogoda, wyjeżdżam ze spokojnej trasy prosto w kocioł samochodowy...10 km męczarni i trochę strachu, jada jak wariaci, chyba próbują mi zerwać rękawy z koszulki i zaliczam 3 wymuszenia, trasa dziurawa jak diabli, prędzej stąd uciekać bo to koszmar nie jazda, po około 10 km skręcam na Storkowo i od razu ciszej...głupio tak kończyć jak się dobrze jedzie,więc pędzę dalej, stary rekord z przed paru dni już nieaktualny a do domu około 25 kilosów...nareszcie jestem...jem obiadek, rzut oka na licznik i zegarek, jest 15,30 i około 30 km brakuje mi do 200...szkoda czasu a druga taka okazja może się długo nie trafić...jadę

Na finiszu mam dokładnie 201,55 km...czuję się bosko, kto tyle przejechał , ten wie o czym piszę...bolą mnie ręce i nogi, boli mnie całe ciało, ale nikt nie mówił że będzie łatwo...hehehe
Z wrażenia chyba nie odfajkowałem trasy co ni mniejszym czynię...Drawsko - Żołędowo - Oleszno - Ińsko - Chociwel - Storkowo - Ińsko - Ziemsko - Złocieniec i chawira...Dziś leje i kicha z wyjazdu, wczoraj już wisiało w powietrzu wielkie lanie, więc tym bardziej się cieszę , że się udał ten nieplanowany wypad po rekord