Do trzech razy sztuka, mimo dociekliwych poszukiwań, nie znalazłem co mogło by spowodować te przebicia,sam już nie wiem , o co chodzi...tym razem złapałem kapcia 100m za SKRem, kolejny raz pokleiłem i jeśli tym razem strzeli dętka, to oleję tego goorala...godzina 16,00 testuję go na trasie do Gudowa, 8 km bez zarzutu, od jutra zacznę zwiększać dystans...
No wreszcie nadeszło koło, Piotrek pięknie wyszykował górala aż miło się śmiga, ale długo się nie nacieszyłem, za miastem na 4 km złapałem gumę i z powrotem przez pola zarośnięte metrową trawą przedzierałem się do domu, potem męczarnia po torach i klejenie, tak to jest jak się nie ma ze sobą zapasówki, a duchota straszna, pot zalewał mi oczy , pedały w trawie haczyły o nogę , całkowita extrema...hehehe zobaczymy jak jutro
Zapowiadało się tak fajnie , słoneczko, bez wiaterku...podjechałem na nowy Orlen podpompować, a tam niespodzianka, nie dość że bez manometru to jeszcze życzą sobie 2 zł...olałem i w drogę,a droga zaczyna się dupowata, w Karwicach zawróciłem i do domu...droga przez mękę,wiatr ? [wicher] prosto w pysk i tak rzuca mi rowerem że już na pieszo chciałem iść...przełamałem się i w końcu dotarłem do celu...
Szlag mnie trafi z tym rowerem, fakt dziś bym chyba nie pojeździł, takie wiatrzysko hula...co nie znaczy że koło znowu scentrowane,idę do Jacka ubijać interes z kołem... no i po ubijaniu ,koło sprzedane , a mnie olśniło...i nie tylko słońce które teraz grzeje w najlepsze,oj pohulał bym po szosach a tu do pracy trzeba iść... Aha i na domiar złego złamał mi się przedni hamulec, wywaliłem dziada całkiem precz...pojeżdżę tylko na przednim, i tak nigdy nie używałem przedniego, bo raz się w ten sposób wywaliłem z wędkami, mało co nóg nie połamałem...komórek wtedy nie było, kto by mi w lesie udzielił pomocy ? Echooooo... Zero inwestycji w goorala, zaczyna się piękna pogoda, czas rozbujać szosówkę...Jeszcze parę dzionków na gooralu i przerzucam się na Gianta,kupię dętkę zapasową i hulaj dusza...Dobrze śmigał mi ten rowerek do wypadku, wszystko było w nim oryginalne, a teraz taki szmelc sprzedają,ciągle w nim się coś psuje, aż strach nim w dłuższą trasę wyskoczyć... Jak się zacznie prawdziwa wiosna to zarzucam swój piękny strój kolarski, nowy rower szosowy i szpan na całego...aparat na szyję i w Polskę... Ale póki co , ale póki czas...
Tnę na próbę w stronę Gudowa, złapałem gumę,już po sprawdzianie ...4 km przejechane - 4 km przemaszerowane...znowu kicha w tym samym miejscu, muszę zlokalizować intruza w oponie...niech to szlag,powietrze zeszło też ze mnie , dziś już mi się nie chce nigdzie jechać, tym bardziej że wiatrzysko chce głowę urwać...JEST, sukinsyn mały drucik tak był umiejscowiony wzdłuż dętki że tylko duży nacisk na niego powodował odchylenie się i przebijanie , 3 razy mnie tak załatwił, i szukałem palcami i nic, a dziś się zasadziłem na drania i wyczaiłem...więc idę po pieczywo do sklepu i znowu robię próbę jazdy na Gudowo...potem do Suliszewa a stamtąd taki wiatr że ledwo do miasta dojechałem, jeszcze pod Gogółczyn, stadion i do domciu...a wieczorem stwierdziłem że szprycha pękła, świeża robota się szykuje... 4262 km całościowo...
Jak mawiał James Bond...jest 7 rano ,mgła za oknem ,ja na rower, ale tak bez szczególnej chęci...kierunek Łobez, mgła coraz większa, widoczność słaba...przed Zagozdem wyprzedza mnie TIR tak w miarę bezpiecznie, dwa pozostałe jadą za mną...jest ok Kilometr dalej jedzie auto osobowe a za nim autko dostawcze...dostawca widzi mnie i mimo wszystko wyprzedza jadąc na trzeciego, ja zwalniam i pukam się w kask, pokazując mu że idiota, ledwie palant się zmieścił, wystraszyłem się nie na żarty, zawracam do domu...nie chcę być kolejnym krzyżem na drzewie, głupich nie sieja , sami się rodzą...kto takim kretynom daje Prawo Jazdy ? Zabierać dożywotnio i do kamieniołomów , a nie ludzi po szosach straszyć...godzinę w domu wytrzymałem i znowu na rower, lecę do Gudowa potem w lewo na Suliszewo, do Drawska i dalej na most w Żołędowie,chwila oddechu, łyk kompotu i do domu...na samym przejeździe kolejowym łapię kapcia,ostatnie 3 km prowadzę rower, po drodze mijam chłopaków z Wodociągów, pewnie mają ubaw...ja mniej, zaraz rozebrałem w piwnicy koło i sprawdzam o co panie dzieju chodzi ...tym razem nawalił wentyl, za późno synek podskoczył do sklepu po nowa dętkę, więc dziś nie wymienię...o godzinie 18 jeszcze gram z arabami mecz na hali, jest remis 5:5, a mi kompletnie strzały nie wychodziły, strzeliłem jednego to nie uznali, hehehe, jutro gimnazjada, więc i tak nie miał bym czasu pojeździć, założę nowa dętkę, szosa bardziej doschnie, będzie głód na jazdę, to poszaleję, dziś jeszcze odwiedziła nas Marzena z Łodzi......
Po prostu nie dało rady jechać, po ostatnim wypadku koło się scentrowało jak się okazuje i dupa z jazdy, piszczy, obciera, hałasuje gorzej od ciągnika rolniczego, aż wstyd jechać, wstawiam grata do lamusa i niech czeka na lepsze czasy finansowe, trzeba tylne koło kupić i dopiero można myśleć o jeżdzie...dziś tylko 15 km...
Niestety...mimo pięknej pogody nie dało się jechać bo szosa była zbyt śliska...tak że bilans kilometrów w miesiącu listopadzie zamykamy cyfrą 632 km... Razem przejechanych kilometrów 3067...
Pstryk i popędził mnie pies, mieszanka Amstafa...ja w długą on za mną...kątem oka widzę 31 na liczniku...oglądam się i pies już na kole z rozdziawionym pyskiem... Następnie ciemność, ból i szok...leżę rozwalony na ulicy ,cham na zagrodzie widzi i nie udziela mi pomocy ,to samo babsztyl w następnym obejściu...z głowy leje się krew, później założyli mi 5 szwów...gęba zdarta,łokcie i kolana pozdzierane...lewa noga tak boli że nie mogę chodzić...na szczęście mam komórkę...po pół godzinnej jeździe , żona zabiera mnie z trasy autem... Po opatrzeniu mnie u lekarza i założeniu szwów...wracam na miejsce wypadku...właściciele są w szoku, byli poza domem... Dochodzimy do ugody... Odzyskałem straty podartego stroju i pokiereszowanego rowera.. Zdrowia nikt nie wróci... Teraz zwolnienie i rehabilitacja... Gęba cała zdarta na maxa, jadę na prochach... Za parę dni wrzucę foty, pozdrawiam...
I teraz 2 dni po tym wypadku siedzę w domciu i na spokojnie analizuję sytuację która zaistniała... Wyłania się coraz więcej szczegółów a zarazem jedna tajemnicza i zagadkowa sprawa której na zdrowy rozum nie potrafię wyjaśnić...a mianowicie Kierunek jazdy i ucieczki przed psem... A więc ruszam z domu rowerem w stronę Oleszna, mijam Ziemsko i Studnicę, dojeżdżam do głównej trasy Ińsko - Recz, skręcam w lewo i jadę w stronę Stargardu Szczecińskiego, przejeżdżam przez wieś Sulibórz i tu jest pierwszy incydent, przez szosę przechodzi gospodarz za nim biegnie pies, mijam ich rowerem i nagle pies odwraca się i biegnie za mną, dworus nie reaguje, pies mnie gryzie w buta, drę się na niego, wtedy odskakuje a ja jadę dalej... Przejeżdżam przez następną wioskę Suliborek, miejsce mojego przyszłego koszmaru...mijam ją i pędzę przed siebie aż do ruchliwej autostrady , robię rowerem nawrót i wracam do domu, na liczniku mam około 50 km... I tu następuje rekonstrukcja wypadku jakim go pamiętam... Jadąc przez wioskę, słyszę i widzę że na werandzie willi 50 m od szosy biegną dwa psy głośno szczekając, nagle zrywają się w moją stronę, naciskam pedały i próbuję im uciec,wydaje się że odległość jest bezpieczna... Patrzę na licznik, 31 km na godzinę, oglądam się przez lewe ramię i widzę psa na wysokości tylnego koła mego roweru... Teraz następuje luka w pamięci...następna scena to Stoję na poboczu i ocieram krew z twarzy, obok leży rower, z naprzeciwka wychodzi gospodarz, proszę go o wodę by się obmyć, a on mi mówi... ,,Panie ja też mam złego psa i boję się tam iść bo mnie zaatakuje...'' Patrzę na gościa zdziwiony i mówię ,,Co za k....a wioska wściekłych psów'' Facet coś mruczy i cofa się do chałupy... Z następnej zagrody wychodzi kobieta i patrzy na mnie zdziwiona...mówię jej że zaatakował mnie pies, ona na to ,, No właśnie widzę , że coś tu się stało'' Pytam ją o kierunek drogi do Drawska...pokazuje że w lewo, patrzę na nią zdziwiony i pod nosem mruczę ,,Co ty babo pierdolisz '' ? i ruszam w prawo Ale kierownica mego górala jest wywinięta w 2 stronę...szczęki hamulcowe zaciśnięte na maxa, po za tym rower wydaje się być nie uszkodzony, zaczynam ją prostować...udaje się, odblokowuję hamulce i mimo że rower piszczy i obciera to jedzie... Sięgam po telefon komórkowy i macam, oglądam ...jest cały,więc ok Obracam go w rękach parę minut nie wiedząc co z nim zrobić...jestem cały czas w szoku...w końcu wybieram numer do żony i dzwonię... Głucha cisza,jest sygnał ale nikt nie odbiera... Dzwonię do kumpla Mariusza, dzięki którego radom od paru dni mam komórkę na treningach przy sobie.. Jest, odebrał...proszę Go by powiadomił żonę o wypadku i niech mnie odbierze...wsiadam na rower i jadę Po 2-3 km słyszę za sobą motor, zatrzymuję się i macham ręką na motorzystę...staje i patrzy na mnie zdziwiony...jestem cały zalany krwią i on jako pierwszy który zainteresował się moim stanem zdrowia...dzięki Ci chłopie Mówi mi że żle jadę do Drawska, więc zdziwiony zawracam i myślę sobie ,,cholera jednak kobieta miała rację'' no trudno w szoku nie myśli się racjonalnie...dojeżdżam do Suliborka mijam pechową willę i tu znów następuje atak przez tego samego psa...Zeskakuję z roweru, zasłaniam się nim i wrzeszczę na psa...ten rezygnuje w końcu a ja wystraszony wskakuję na rower i odjeżdżam od tego przeklętego miejsca...po 15 km dzwoni kumpel i się pyta czy mnie żona odebrała, bo ją powiadomił ? I właśnie w tym momencie zza zakrętu wynurza się samochód mojej żony...Ja szczęśliwy zeskakuję z roweru, i teraz dopiero odpuszcza mnie trochę strach, a zaczyna się ból obitego ciała... W szpitalu założono mi na głowę 5 szwów, zlikwidowano potężnego krwiaka, mam zdarte oba łokcie i oba kolana, nie mogę ruszać lewą nogą, trochę uszkodzony nos , podbite oko,zdarte palce,rana na głowie w kształcie litery X,podarte spodnie, podrapane ręce, boli mnie mostek, to chyba efekt uderzenia w kierownicę, cała gęba zdarta, ramiona też...boli mnie całe ciało, 2 noce pod rząd nie mogę z bólu spać, żona przy mnie też, ale najgorsze mam już za sobą, teraz chyba będzie już tylko lepiej...ale żyję i dziękuję Bogu za to... No i właśnie czas na konkluzję... Jak to się stało że jadąc do Drawska, przez psa goniony byłem w odwrotnym kierunku, nie przypominam sobie abym wykonał jakiś nawrót i po co ? Chyba tej zagadki już nie uda mi się rozwiązać... Po opatrzeniu w szpitalu wracamy z żoną na miejsce wypadku i składamy wizytę właścicielom psa...ale to już temat na inne opowiadanie... Teraz kiedy to sam przeczytałem, zakręciły mi się łzy w oczach, bo zdałem sobie sprawę z grozy całego wypadku...przy tej szybkości na rowerze bijąc gołą głową o asfalt, uciekłem chyba śmierci z pod kosy...niech to szlag...durni nie sieją , sami się rodzą... Nigdy więcej w trasę bez kasku na głowie.. Już mam nowiutki, przymierzałem przed lustrem, cholera całkiem, całkiem...jeszcze w nim poszaleję po polskich drogach...z tym że oczy muszę mieć dookoła głowy... 499. Prowadzi BIKElog ranking: pkt 0.000 / 5.0 cigane 3015.0 100.0% 23.82
Dzisiaj nie dało się jechać...cholerny wiatr i poobcierany krok,nic na siłę...To był mój 43 aktywny dzień na góralu z licznikiem... Mam przeczucie że pewna Joasia nie znudzi się tym blogiem i jak doczyta do tego miejsca to ją serdecznie pozdrawiam, jak również innych Rebelsiaków płci pięknej...hehehe zapraszam kochani w moje cudowne strony...do krainy lasów i łąk,rzek i jezior...odpoczynek gwarantowany...