5.45 już na nogach z mocnym postanowieniem podłączenia się pod grupę kolarzy którą widziałem 3 tyg.wcześniej w Stargardzie Szczecińskim...na rozgrzewkę do Konotopu a potem Ińsko - Chociwel - Stargard Szczeciński...jestem przed czasem czyli 9,40 więc skręcam na Nowogard i kręcę się po okolicy, tutaj już ruch większy ale szosa jest cacy, wyśmienita, robię na przystanku śniadanie a ich nie ma...więc ruszam do Nowogardu, zły że nie pojadę w grupie, dopiero później zajarzyłem że to był maraton, a nie luźna grupa kolarzy, no trudno...pogoda jak dla mnie wyśmienita , od rana chłodno i lekki wiaterek... za Maszewem mija mnie samotny kolarz , wymieniamy pozdrowienia, ja laitowo 27-29 a on nieźle ciśnie, postanawiam to sprawdzić no tak 37-39 na liczniku , wytrzymuję takie tempo przez kilkanaście km...potem powoli mi odjeżdża, na koszulce miał ,,Goleniów'' pewnie z klubu gość, ale co to ? przed samym Nowogardem na którymś zakręcie miga mi znajoma sylwetka, naciskam pedały i w samym mieście Go dochodzę, więc nie jest żle z moją kondycją...skręca na Kamień Pom, ja zanim, on chodnikiem ja szosą za miastem zakręcam z powrotem, czas do domu, po 200 km zaczynają mi drętwieć nogi w przyciasnych butach, robię postój i tak jeszcze ze 3 razy, przeklinam te buty, w bidonie skończyła się herbata, jak zwykle wybrałem się bez kasy na wariata...siodełko za bardzo pochylone więc cały ciężar ciała przenosi się na ręce...w Ińsku już na resztkach sił dopadam jeziora, teraz kiedy się opiłem jezioranianki, dostaję kopa...jeszcze raz uzupełniam bidon w moim źródełku i do Dzikowa, zaliczam na finisz górę i do domu...12 godzin jazdy w ,,imadle'' to trochę za dużo...wróciłem do domu poważnie osłabiony, telefon od kumpla że czas grillować, więc idę z Jolą, ona delektuje się Advocatem ja browarkiem, jak mi te piwo smakowało...hehehe
Rano wybierałem się jak sójka za morze, w końcu ruszyłem do Żołędowa, kolejny raz mijając dyrektorkę po drodze...wpad na krzyżówkę Ińską i dalej już z Piotrkiem powrót do Drawska pod Netto, małe co nieco na ruszt, i odprowadzam Go pod Zagozd, sam wracam bo mam sprawy w urzędzie, potem zakupy w Netto i do pracy..na dodatek pękł pasek od noska przy pedale... Środa - ponieważ w sklepie u nas takich pasków nie ma, idę do szewca, może on coś poradzi, zanituje czy zszyje, obadamy... Czwartek - Zszył i jest git, zanim go założyłem to już się odechciało jazdy dzisiaj, ruszam jutro...
Parę minut po 6,00 już byłem na trasie do mostu Żołędowskiego, tam parę zrywów pod górki i wracam do domciu , bo zaczyna kropić deszczyk...w domu dostaję SMS od Piotrka czy jadę, pewnie że jadę, zawsze co dwóch to dwóch...fajnie się w 2 jedzie bez porównań...odprowadzam Go jeszcze do Zagozda i nawrót do sklepu po opony, niestety są, ale nie ten rozmiar, poczekamy na moje do piątku...
Żołędowo - Ińsko w krótkich ciuchach ,potem parę spraw do załatwienia i hajda do tyrki... Piątek - Nerwobóle na plecach dają znać o sobie...daję na luz bo mnie przewiało...
Po czterech dniach leniuchowania, znowu poczułem zew natury...Ińsko - Żołędowo to trasa którą dziś pyknąłem, ale z rana do 50 km to było niemożliwie zimno...potem już coraz cieplej...Zmieniłem dziś na siodełko białe i oryginalne które było w komplecie, gel idzie na ,,goorala'' który będzie odrestaurowany gruntownie...
Żołędowo - Ziemsko - Żołędowo - Netto i o 10,30 do pracy na 3 - dniowy turniej koszykówki dzieciaków...może pod wieczór uda się jeszcze trochę pojeździć...nie udało się, bo skończyli póżniej niż zakładali, a do tego padał deszcz, do poniedziałku odpoczywam,udało się sprzedać pedały na Alegro, zostały jeszcze buty... Dziś niestety pracuję a przez Drawsko jechali kolarze z Pętli Drawskiej...dopingowałem gorąco... Niedziela...hurrra dziś 3 dniowe mityngi zakończone nareszcie będę mógł spokojnie w weekendy pojeździć....bójta się wójta Poniedziałek...dziś dzień gospodarczy, grzebałem przy rowerkach, szczepiłem psa i wysłałem zakupione pedały... Wtorek...dzień do dupy zimny silny wiatr i ołowiane niebo nie zachęciły mnie do jazdy, daję na luz...
Trasa do Żołędowa przebiega spokojnie , świeci słoneczko , słaby wiaterek, jedzie się ok...robię nawrot i przy zakręcie słyszę trzask gałęzi z lewej strony,już wiem że coś się zaczyna dziać...na szosę wybiega sarenka, cała poraniona,krwawi a za nią duże białe psisko...przecinają szosę i pędza w las 10 metrów przede mną, wyhamowuję i zaczynam obserwować rozwój wypadków...nagle sarenka robi zwrot i zaczyna pędzić w moją stronę, jak by czuła że mogę jej pomóc...ten biały skurwiel nie odpuszcza i gna za nią...sarna dosłownie 2 metry przed moim rowerem przeskakuje na drugą stronę lasu...jestem oszołomiony rozwojem sytuacji, pies się zatrzymał i patrzy na mnie...czuję że włosy stają mi dęba,a ten ocenia czy będę lepszy od sarny...wrzasnąłem na niego parę razy a psisko kwili z niecierpliwości że mu sarna uciekła...w końcu rusza dużym półkolem mnie omijając tropem sarny...nie wiem czy jej pomogłem, może uciekła a może, e lepiej nie myśleć tak czarno...jadę dalej ale szok mija dopiero po kilkudziesięciu km...2 dni temu w Olesznie mijałem ślimaka na rowerku, jeszcze myślałem żeby Go nie rozjechać, dziś wracam a ten sunie przez szosę ale z powrotem...hehehe Już za Olesznem w stronę Ziemska wyskakuje wprost na mnie zając...idziemy na czołowe,powoli odbija w bok i przycupnął obok rowu, jak Go mijałem kulił uszy, nawet się nie bał...dziś chyba miałem dzień opieki nad zwierzętami...
Trasa standardowa , Ińsko - Żołędowo - Netto i o 10,30 byłem doma...Ruszam przed 6,00 po kilku minutach orientuję się że zapomniałem o liczniku, wracam , zabieram i jadę na Ińsko...jest zimno i znów musiałem w długie rękawki i nogawki wskoczyć, ale ogólnie jedzie mi się bardzo dobrze...na rampie odbijam na Żołędowo, już wracając czuję pierwsze krople spadającego deszczu na dłoniach, przyspieszam...za pocztą w mieście muszę ostro przyhamować i pierwszy raz mnie tak ostro zarzuciło, jak by ktoś kopnął z boku w tylne koło, niemiłe uczucie, fakt szosa jest mokra po deszczu a moje laczki już wyślizgane, po niedzieli będą nowe, czekam na dostawę...w końcu na dotychczasowych zrobiłem już ponad 3,600 km, ale po suchym idą jeszcze jak burza...ciekawe ile jeszcze na nich przejadę km...hehehe, jest godzina 13-ta a tu pada jak diabli... Środa - cały czas leje deszcz, nici z jazdy...