Już o tej porze byłem na siodełku, pobudka wczesna jak mawia nasza miła Bikergonia i tu pozdrawiam kolarke...kurs do Kamiennego Mostu z małymi odskokami i powrót w silnym wietrze, ale rano jedzie się w chłodku i jest niesamowicie cicho, w mieście po za policją nie widać nikogo, mijam miasto duchów i wypadam na wylotową w lekkich promykach słoneczka...wróciłem głodny jak wilk, i 5 jaj wsunąłem jak nic, własne pozacierałem, poprawiłem Grześkiem i jabłkiem...
O 7,30 na rower i do Żołędowa na poranny spacer, zaczyna się robić gorąco, pewnie jeszcze dziś trochę pojeżdżę... Małe śniadanko i w drogę za Ostrowice na krzyżówkę...dystans podobny Pospałem trochę , znowu mały wyskok na most za Harcerska Górką...
Godzina 4,30 na nogach i start...Żołędowo - Chociwel - Gudowo,jak zwykle zabrałem 2 kanapki i oczywiście przywiozłem z powrotem, a kompot z czereśni smakował wyśmienicie...już od rana wiatrzysko hulało, ale po 80 km to już się zrobiło paskudnie, idzie burza... I tu mała ciekawostka, wczoraj wieczorem się ważyłem...89 kg , a dziś po jeździe 88 kg...no ale zaraz nadrobię... Rzecz najważniejsza...przekroczyłem 6033 km na Giancie bez jakichkolwiek awarii czy kosztów, oby tak dalej...
Godzina 4,30...bez zbytniego pośpiechu jadę do Suliszewa , potem nawrót na skrzyżowanie Ińskie i z powrotem, parę spraw do załatwienia w szkole i rejestracja , zakupy i chwila wolnego czasu...
Godzina 5,00 już ruszam na trasę do Żołędowa rozładować stresa przed decydującą rozmową o dalszą moją pracę...kiedy wrócę , znowu wskoczę na rower, pytanie tylko z radości czy z wściekłości...ostatni dzień przymusowego urlopu... 9,30 pani dyrektor nawet się nie pofatygowała,ludzie lubują się w pewnych gierkach, no trudno mniej czasu będzie na jazdę rowerem a więcej spędzę na lataniu za nową pracą...nie ma co się przejmować, zawsze spadam jak kot na 4 łapy.. No więc wsiadłem na rower i heya pod Ciemnik i nawrót, łącznie jeszcze około 70 km pyknąłem...mimo słońca przyjemnie się jechało,bo był chłodny wiatr...
Godzina 14,00...w trakcie oglądania Tour de France na Eurosporcie, nachodzi mnie ochota na jazdę, więc taki lajtowy wypadzik do Ziemska poprawił mi humor...i tak trzymać... Piękny finisz i wygrywa Cavendish i mała kraksa przed metą, a za oknem rozpadało się na całego...
Godzina 3,30 pobudka, za oknem ciemno a ja już ruszam w trasę parę km za Chociwel,po wczorajszych obtarciach dziś znacznie gorzej mi się jechało... a i słoneczko szybciej się wynurzyło, słabsze znacznie tempo, pod koniec już grzało nieźle...
Dawno tak fajnie mi się nie jechało jak dziś, wstałem o 4 rano, 2 kanapki które notabene przywiozłem z powrotem...Chłodny , orzeźwiający wiaterek , rosa na trawie, mgiełki nad łąkami i wynurzające się słońce , tych widoczków mi brakowało...trasa do Chociwela, potem odskok do Mielenka sprawdzić czy już drogę Harcerską dokończyli, ale niestety jeszcze nie i do domu na zasłużony wypoczynek...wieczorem goorala potestuję pod kątem przebijanych dętek, już mam pomysł na lokalizację intruza... Godzina 13,00 - Nie wytrzymałem i wyskoczyłem za miasto testować goorala, na 4 km do Gudowa flak, ok 4 km wracam pieszo i co się okazuje po oględzinach...klocek hamulca źle przykręcony przetarł dziurę w oponie, no to sobie na niej pojeździłem, szkoda ...Authora była...teraz tylko hamulce wymienić i po kłopocie bo już stare i ostre kanty mają, ale to chyba nie szybko bo brak kasy i praca wisi na włosku, wracam na szosówkę... Godzina około 20,00 - dopada mnie cykloza, więc jadę w stronę Woliczna, ale tam tłok cofam się na Konotop...tu jest ok...no ale mimo wszystko duszno, ponieważ o tej godzinie jeszcze nie jeździłem , więc nie było źle...i tak z głupia frant w 3 etapach 160 km przejechałem... Aha i po raz pierwszy pozwoliłem sobie na jazdę bez kasku...