5196 km na szosówce już się myknęło,więc nie jest źle no i glebę dziś zaliczyłem koło amfiteatru na własne życzenie bo się źle wypiąłem...hehehe Pozycja 221...
Rano wybierałem się jak sójka za morze, w końcu ruszyłem do Żołędowa, kolejny raz mijając dyrektorkę po drodze...wpad na krzyżówkę Ińską i dalej już z Piotrkiem powrót do Drawska pod Netto, małe co nieco na ruszt, i odprowadzam Go pod Zagozd, sam wracam bo mam sprawy w urzędzie, potem zakupy w Netto i do pracy..na dodatek pękł pasek od noska przy pedale... Środa - ponieważ w sklepie u nas takich pasków nie ma, idę do szewca, może on coś poradzi, zanituje czy zszyje, obadamy... Czwartek - Zszył i jest git, zanim go założyłem to już się odechciało jazdy dzisiaj, ruszam jutro...
Parę minut po 6,00 już byłem na trasie do mostu Żołędowskiego, tam parę zrywów pod górki i wracam do domciu , bo zaczyna kropić deszczyk...w domu dostaję SMS od Piotrka czy jadę, pewnie że jadę, zawsze co dwóch to dwóch...fajnie się w 2 jedzie bez porównań...odprowadzam Go jeszcze do Zagozda i nawrót do sklepu po opony, niestety są, ale nie ten rozmiar, poczekamy na moje do piątku...
Żołędowo - Ińsko w krótkich ciuchach ,potem parę spraw do załatwienia i hajda do tyrki... Piątek - Nerwobóle na plecach dają znać o sobie...daję na luz bo mnie przewiało...
Po czterech dniach leniuchowania, znowu poczułem zew natury...Ińsko - Żołędowo to trasa którą dziś pyknąłem, ale z rana do 50 km to było niemożliwie zimno...potem już coraz cieplej...Zmieniłem dziś na siodełko białe i oryginalne które było w komplecie, gel idzie na ,,goorala'' który będzie odrestaurowany gruntownie...
Trasa do Żołędowa przebiega spokojnie , świeci słoneczko , słaby wiaterek, jedzie się ok...robię nawrot i przy zakręcie słyszę trzask gałęzi z lewej strony,już wiem że coś się zaczyna dziać...na szosę wybiega sarenka, cała poraniona,krwawi a za nią duże białe psisko...przecinają szosę i pędza w las 10 metrów przede mną, wyhamowuję i zaczynam obserwować rozwój wypadków...nagle sarenka robi zwrot i zaczyna pędzić w moją stronę, jak by czuła że mogę jej pomóc...ten biały skurwiel nie odpuszcza i gna za nią...sarna dosłownie 2 metry przed moim rowerem przeskakuje na drugą stronę lasu...jestem oszołomiony rozwojem sytuacji, pies się zatrzymał i patrzy na mnie...czuję że włosy stają mi dęba,a ten ocenia czy będę lepszy od sarny...wrzasnąłem na niego parę razy a psisko kwili z niecierpliwości że mu sarna uciekła...w końcu rusza dużym półkolem mnie omijając tropem sarny...nie wiem czy jej pomogłem, może uciekła a może, e lepiej nie myśleć tak czarno...jadę dalej ale szok mija dopiero po kilkudziesięciu km...2 dni temu w Olesznie mijałem ślimaka na rowerku, jeszcze myślałem żeby Go nie rozjechać, dziś wracam a ten sunie przez szosę ale z powrotem...hehehe Już za Olesznem w stronę Ziemska wyskakuje wprost na mnie zając...idziemy na czołowe,powoli odbija w bok i przycupnął obok rowu, jak Go mijałem kulił uszy, nawet się nie bał...dziś chyba miałem dzień opieki nad zwierzętami...
Trasa standardowa , Ińsko - Żołędowo - Netto i o 10,30 byłem doma...Ruszam przed 6,00 po kilku minutach orientuję się że zapomniałem o liczniku, wracam , zabieram i jadę na Ińsko...jest zimno i znów musiałem w długie rękawki i nogawki wskoczyć, ale ogólnie jedzie mi się bardzo dobrze...na rampie odbijam na Żołędowo, już wracając czuję pierwsze krople spadającego deszczu na dłoniach, przyspieszam...za pocztą w mieście muszę ostro przyhamować i pierwszy raz mnie tak ostro zarzuciło, jak by ktoś kopnął z boku w tylne koło, niemiłe uczucie, fakt szosa jest mokra po deszczu a moje laczki już wyślizgane, po niedzieli będą nowe, czekam na dostawę...w końcu na dotychczasowych zrobiłem już ponad 3,600 km, ale po suchym idą jeszcze jak burza...ciekawe ile jeszcze na nich przejadę km...hehehe, jest godzina 13-ta a tu pada jak diabli... Środa - cały czas leje deszcz, nici z jazdy...
Etap I... Kiedy pobudka zagrała, o 7,00 na rower i w trasę Żołędowo - Zajezierze...a o 10,00 do pracy,potem spróbuję zaliczyć drugi etap, zależy o której skończy się turniej na hali...a co najważniejsze w dniu dzisiejszym przejechałem moim Giantem ponad 3ooo km... Etap II... Po 15tej już ruszam na rower, kierunek Żołędowo, z miasta wyjeżdżam pod silny wiatr a i tak mam 26 na liczniku...ale za to z powrotem na odcinku między hotelem a Konotopem jest 1 km prosty i płaski asfalt w jedną 26 w drugą ponad 45 km na godzinę , tak mi się ta zabawa spodobała że parę razy go przejechałem, a ogólnie z powrotem to na skrzydłach wiatru pędziłem, dawno tak szybko nie pojechałem, piękne uczucie i wiatr w uszach...