Od siedmiu wzwyż...5000
Obrałem kierunek Oleszno,i tak powoli się rozkręcałem , bo tu ruch minimalny...

Potem na skrzyżowanie do Ińska,ale dalej normalną szosą się boję bo nadal gęsta mgła, więc wracam z powrotem...

Na polach i łąkach zatrzęsienie żurawi, to niechybny znak że wiosna u bram...


W lasach wojsko i strzelanie z czołgów, jechałem z powrotem i jak jebnęli to mało z rowera nie spadłem...hehehe

Przed hotelem robię 5.000 kilometr...ok

Skręciłem na Żołędowo i gazu, no ale bez przesady, Lance Armstrong by się załamał...chyba pojadę w tegorocznym Tour de France, a co sobie będę żałował z taką maximalną...
Cholera mam nadzieję że po resecie , znikną te przekłamania...

A jak cudownie smakowała mi po tej trasie micha a nawet 3 zupy ogórkowej, palce lizać...ach ta moja żona...wie jak mężowi dogodzić...zapomniałem dodać że dziś bez czapki pod kaskiem i buty letnie zamiast zimowych, różnica była odczuwalna in plus...85 dzień aktywnej jazdy na rowerze...

