Za oknem już jasno, pora ruszyć zwłoki,7,20 na rower i przed II zmianą pracy, mały wypad do Żołędowa, mroźne powietrze i duża wilgotność nie odpuszcza ,jak wracałem wyszło słoneczko, jest godzina 11,30 i teraz można w krótkich ciuchach śmigać, w następnym tygodniu mam na rano to po południu jak będzie pogoda wreszcie mniej opatulony pojeżdżę...
W końcu obfite świąteczne śniadanko trzeba spalić...zimno i wiatr to niezbyt miłe wrażenia z jazdy, ale co tam , w końcu co się nie robi dla zdrowia i relaksu... Tydzień - 278,13 km...
Z rana popadało, musiałem ostrożnie jechać bo szosa mokra i niemiły wiatr...pod Ińskiem dla odmiany słonecznie i ostry zimny wiaterek...ciężko się z powrotem jechało, tym bardziej że dokuczała mi lewa nowa wczoraj przebita gwoździem...jestem z lekka zmęczony i lamie mnie spanie, czuję że w najbliższym kwadransie odlecę na 2 godzinki do Morfeusza...
Powoli się rozkręcam,i tak trzymać... No to się na trzymałem, w piwnicy na deskę z gwoździem stanąłem i po ptokach, boli jak diabli , z jutrzejszej jazdy chyba nici , tym bardziej że zbierają się chmury...
O 14,00 skończyłem zmianę , kanapka na ruszt i ubranko na grzbiet spodnie z długimi nogawkami i bluza dresowa, bo niestety jeszcze zimno...Słońce pięknie grzało, wietrzysko hulało , ale chęć jazdy bardziej przeważyła, momentami na trasie do Oleszna prawie w miejscu pedałowałem, ogólnie w dechę , powoli nabieram rozpędu po zimowej pauzie, gooral dalej bez hamulców...