Godzina 4,30...bez zbytniego pośpiechu jadę do Suliszewa , potem nawrót na skrzyżowanie Ińskie i z powrotem, parę spraw do załatwienia w szkole i rejestracja , zakupy i chwila wolnego czasu...
Godzina 5,00 już ruszam na trasę do Żołędowa rozładować stresa przed decydującą rozmową o dalszą moją pracę...kiedy wrócę , znowu wskoczę na rower, pytanie tylko z radości czy z wściekłości...ostatni dzień przymusowego urlopu... 9,30 pani dyrektor nawet się nie pofatygowała,ludzie lubują się w pewnych gierkach, no trudno mniej czasu będzie na jazdę rowerem a więcej spędzę na lataniu za nową pracą...nie ma co się przejmować, zawsze spadam jak kot na 4 łapy.. No więc wsiadłem na rower i heya pod Ciemnik i nawrót, łącznie jeszcze około 70 km pyknąłem...mimo słońca przyjemnie się jechało,bo był chłodny wiatr...
Godzina 14,00...w trakcie oglądania Tour de France na Eurosporcie, nachodzi mnie ochota na jazdę, więc taki lajtowy wypadzik do Ziemska poprawił mi humor...i tak trzymać... Piękny finisz i wygrywa Cavendish i mała kraksa przed metą, a za oknem rozpadało się na całego...
Godzina 3,30 pobudka, za oknem ciemno a ja już ruszam w trasę parę km za Chociwel,po wczorajszych obtarciach dziś znacznie gorzej mi się jechało... a i słoneczko szybciej się wynurzyło, słabsze znacznie tempo, pod koniec już grzało nieźle...
Dawno tak fajnie mi się nie jechało jak dziś, wstałem o 4 rano, 2 kanapki które notabene przywiozłem z powrotem...Chłodny , orzeźwiający wiaterek , rosa na trawie, mgiełki nad łąkami i wynurzające się słońce , tych widoczków mi brakowało...trasa do Chociwela, potem odskok do Mielenka sprawdzić czy już drogę Harcerską dokończyli, ale niestety jeszcze nie i do domu na zasłużony wypoczynek...wieczorem goorala potestuję pod kątem przebijanych dętek, już mam pomysł na lokalizację intruza... Godzina 13,00 - Nie wytrzymałem i wyskoczyłem za miasto testować goorala, na 4 km do Gudowa flak, ok 4 km wracam pieszo i co się okazuje po oględzinach...klocek hamulca źle przykręcony przetarł dziurę w oponie, no to sobie na niej pojeździłem, szkoda ...Authora była...teraz tylko hamulce wymienić i po kłopocie bo już stare i ostre kanty mają, ale to chyba nie szybko bo brak kasy i praca wisi na włosku, wracam na szosówkę... Godzina około 20,00 - dopada mnie cykloza, więc jadę w stronę Woliczna, ale tam tłok cofam się na Konotop...tu jest ok...no ale mimo wszystko duszno, ponieważ o tej godzinie jeszcze nie jeździłem , więc nie było źle...i tak z głupia frant w 3 etapach 160 km przejechałem... Aha i po raz pierwszy pozwoliłem sobie na jazdę bez kasku...
Do trzech razy sztuka, mimo dociekliwych poszukiwań, nie znalazłem co mogło by spowodować te przebicia,sam już nie wiem , o co chodzi...tym razem złapałem kapcia 100m za SKRem, kolejny raz pokleiłem i jeśli tym razem strzeli dętka, to oleję tego goorala...godzina 16,00 testuję go na trasie do Gudowa, 8 km bez zarzutu, od jutra zacznę zwiększać dystans...
Znów przesiadka na szosówkę, trasa do Ińska i nazad...na wysokości Oleszna zza zakrętu wypada kretyn, tak na oko ponad 100/h,zarzuca mu tył a ja w tym czasie ratuję się ucieczką na pobocze, 10 metrów po trawie i udaje mi się rower wyprowadzić na szosę, po debilu tylko kurz został, tyle go widziałem...teraz zrobię zakup dętki do goorala...
Dziś znowu dosiadam goorala i w drogę, ale miękko mi się jedzie, no tak - mało powietrza, więc w Ziemsku zawracam i na SKR podpompować, ooo...teraz czuję że idzie jak burza,ale po wczorajszej kiszce strach gdzieś dalej odskoczyć, więc lecę do Żołędowa, dawno nie byłem na moście, jadę lasem na pole namiotowe , przyjemnie jest się ochłodzić w rzece mokrym ręcznikiem , parno dziś niesamowicie, powrót do domciu na obiad, rower sprawuje się dobrze...godzinka relaksu i w drogę, ale zaczyna grzmieć, w Gudowie łapie mnie deszczyk, taki miły że chłodzi i chce się jeździć, przejeżdżam przez kolonię Mielenko, skręcam na Gudowo i do domu, niezła pętla coś ponad 24 km...jeszcze kółko koło stadionu i ....pssssssss Na sam finisz złapałem gumę i w dodatku zaczyna już lać, dobrze że nie złapałem kichy gdzieś dalej, jutro idę do sklepu po nową dętkę, pech mnie nie opuszcza a już myślałem że inwestycja w ten rower na jakiś czas zakończona...mhmmm
No wreszcie nadeszło koło, Piotrek pięknie wyszykował górala aż miło się śmiga, ale długo się nie nacieszyłem, za miastem na 4 km złapałem gumę i z powrotem przez pola zarośnięte metrową trawą przedzierałem się do domu, potem męczarnia po torach i klejenie, tak to jest jak się nie ma ze sobą zapasówki, a duchota straszna, pot zalewał mi oczy , pedały w trawie haczyły o nogę , całkowita extrema...hehehe zobaczymy jak jutro