5196 km na szosówce już się myknęło,więc nie jest źle no i glebę dziś zaliczyłem koło amfiteatru na własne życzenie bo się źle wypiąłem...hehehe Pozycja 221...
Powodów do zadowolenia nie ma bo popadało i wygląda , jak by jeszcze miało padać...w pracy,,muszę pomyśleć'' podłamało mnie trochę bo nie wiem czy next job nie będę szukał
Dziś zmieniłem godziny pracy więc dziwnie jakoś się tak od razu przestawić i jeszcze te wiatrzysko wstrętne...teraz do września pracuję od 7-15...POZYCJA 300 hehehe
5.45 już na nogach z mocnym postanowieniem podłączenia się pod grupę kolarzy którą widziałem 3 tyg.wcześniej w Stargardzie Szczecińskim...na rozgrzewkę do Konotopu a potem Ińsko - Chociwel - Stargard Szczeciński...jestem przed czasem czyli 9,40 więc skręcam na Nowogard i kręcę się po okolicy, tutaj już ruch większy ale szosa jest cacy, wyśmienita, robię na przystanku śniadanie a ich nie ma...więc ruszam do Nowogardu, zły że nie pojadę w grupie, dopiero później zajarzyłem że to był maraton, a nie luźna grupa kolarzy, no trudno...pogoda jak dla mnie wyśmienita , od rana chłodno i lekki wiaterek... za Maszewem mija mnie samotny kolarz , wymieniamy pozdrowienia, ja laitowo 27-29 a on nieźle ciśnie, postanawiam to sprawdzić no tak 37-39 na liczniku , wytrzymuję takie tempo przez kilkanaście km...potem powoli mi odjeżdża, na koszulce miał ,,Goleniów'' pewnie z klubu gość, ale co to ? przed samym Nowogardem na którymś zakręcie miga mi znajoma sylwetka, naciskam pedały i w samym mieście Go dochodzę, więc nie jest żle z moją kondycją...skręca na Kamień Pom, ja zanim, on chodnikiem ja szosą za miastem zakręcam z powrotem, czas do domu, po 200 km zaczynają mi drętwieć nogi w przyciasnych butach, robię postój i tak jeszcze ze 3 razy, przeklinam te buty, w bidonie skończyła się herbata, jak zwykle wybrałem się bez kasy na wariata...siodełko za bardzo pochylone więc cały ciężar ciała przenosi się na ręce...w Ińsku już na resztkach sił dopadam jeziora, teraz kiedy się opiłem jezioranianki, dostaję kopa...jeszcze raz uzupełniam bidon w moim źródełku i do Dzikowa, zaliczam na finisz górę i do domu...12 godzin jazdy w ,,imadle'' to trochę za dużo...wróciłem do domu poważnie osłabiony, telefon od kumpla że czas grillować, więc idę z Jolą, ona delektuje się Advocatem ja browarkiem, jak mi te piwo smakowało...hehehe
Rano wybierałem się jak sójka za morze, w końcu ruszyłem do Żołędowa, kolejny raz mijając dyrektorkę po drodze...wpad na krzyżówkę Ińską i dalej już z Piotrkiem powrót do Drawska pod Netto, małe co nieco na ruszt, i odprowadzam Go pod Zagozd, sam wracam bo mam sprawy w urzędzie, potem zakupy w Netto i do pracy..na dodatek pękł pasek od noska przy pedale... Środa - ponieważ w sklepie u nas takich pasków nie ma, idę do szewca, może on coś poradzi, zanituje czy zszyje, obadamy... Czwartek - Zszył i jest git, zanim go założyłem to już się odechciało jazdy dzisiaj, ruszam jutro...
Parę minut po 6,00 już byłem na trasie do mostu Żołędowskiego, tam parę zrywów pod górki i wracam do domciu , bo zaczyna kropić deszczyk...w domu dostaję SMS od Piotrka czy jadę, pewnie że jadę, zawsze co dwóch to dwóch...fajnie się w 2 jedzie bez porównań...odprowadzam Go jeszcze do Zagozda i nawrót do sklepu po opony, niestety są, ale nie ten rozmiar, poczekamy na moje do piątku...