O 7 rano wyjazd do Ińska, powrót i heya na Żołędowo...nawet nieźle się jechało, już 0 11,15 byłem doma...kolega Marcel ma rację...najwyższy czas porobić trochę sprintów, tym bardziej że jest ku temu okazja, właśnie w weekend pracuję od 9 rano do wieczorka , więc pojadę krótsze dystanse na sprint...dzięki za radę...
Nie bardzo czułem dziś tę jazdę, jakoś ciężko mi się jechało...no może po za paroma momentami, gdzie wiatr dostałem w plecy...82 KM przejechałem w 2, 53 min. a więc cieniutko , trzeba trenować niestety...
Pierwsze 50 km relaksowo, żaden ,,obiekt'' nie pojawił się przed obiektywem więc skoczyłem do przodu zrobić dobry czas, udało się ...82 km w 2,53 min...następne dni chyba trzeba pojeździć pod czas maratoński...dość obijania się...przed chwilą napisałem i zgłosiłem swój udział w maratonie kołobrzeskim...
Na luziku, tak przedświątecznie do Chociwela i z powrotem, po drodze parę przystanków na foty i podziwianie krajobrazów Ziemi Drawskiej... A dla mnie sprawa najważniejsza, od paru dni odkąd obniżyłem siodełko...już nie wiem co to ból i otarcia...jaka ulga...na wadze spadłem w tym roku 9 kg... A to są lwy sawanny Drawskiej... A wszystkim użytkownikom jeżdżącym na rowerach życzę Wesołych Świąt...
Do Chociwela i z powrotem, po drodze spotkałem w Ińsku Piotrka parę fot i do pracy, jak wziąłem aparat to żaden groźny zwierz na mnie nie wylazł, jeden w lesie leżał ale martwy, myślałem że wilk, ale to piękny kiedyś pies i zakończył żywot w lesie, pyknąłem mu foto a co tam, niech ma...hehehe , sesja z martwym psem w tle...niezły meksyk. Jeszcze do pracy w te i nazad 3 razy...i parę km doszło...
Zawsze jak nie wezmę aparatu foto...to coś fajnego mi umyka, tak było i tym razem...kilkaset metrów przed Czertyniem , widzę jak w kierunku szosy coś powoli biegnie z lasu, zwolniłem i czekam...3 metry przed mną wturlał się na szosę misiowaty borsuk, był śliczny, i idzie w moją stronę...stanął 2 metry przed moim Giantem i łapie zapachy...a mi po głowie biegną myśli czy borsuki są agresywne ? Hehehe na szczęście nie...nagle wyczaił że jestem dla niego bee i ruszył do lasu i tyle Go widziałem...parę minut stałem i podziwiałem jak się oddala...od jutra biorę aparat...
Po wczorajszym odpoczynku , dziś ustawka z Piotrkiem...z początku nie możemy się dogadać co do miejsca spotkania, ale w końcu razem w Ińsku, on ustala trasę i lecimy przez Węgorzyno do Łobza po drodze mijamy Radowo Małe, dla mnie to nowa trasa, przed Łobzem zabójczy podjazd po chropowatej nawierzchni...dzielnie obaj sobie z nim radzimy...w Łobzie się rozstajemy...przez parę km jadę sam ,przed Zajezierzem majaczy mi sylwetka kolarza, po paru minutach już się sobie przedstawiliśmy i przez parę km jedziemy razem rozmawiając, na zjeździe do Drawska macham mu na pożegnanie i jadę do domu, on pod CPN bo się ustawił z następnym kolarzem...bardzo dobry wypad, jestem zadowolony, w samo południe w domu, zaraz do pracy, a jutro znowu w drogę...
A rano wyglądało tak że już po 20 km chciałem wracać do domu, bo szykowało się na deszcz, takie szare niemiłe niebo przez parę godzin straszyło...Oj, nie było łatwo, nie było...ale się udało Nogi bolą , ale jaka ulga , że to już za mną... Moje ostatnie 7 dni na rowerze...1.269,22 km Zacząłem skokiem na Chociwel, potem się najarałem na Stargard Szczeciński...na 84 km pod Zachodniopomorską Szkołą Biznesu nawrót, i do domu na obiad, cały Chociwel rozkopany, oj jak zrobią to się pojeździ po tej poszerzonej autostradzie...po obiadku wypad na Kalisz i Złocieniec...znowu marsz po bruku około 1,5 km...mam już grubo ponad 200 km jest około 16,00 i szybka decyzja...próba pobicia dystansu na 300 km...kiedy wyskoczyłem na odkryty teren za Kalisz , wiatr prosto w twarz, pomyślałem sobie wtedy , chyba nici z 3setki, ale jadę dalej...wpadam umordowany do Drawska a tu około 50 km brakuje do 300 km...Pędzę na wylotówkę do Łobza , nawet fajnie się jedzie ale wąsko tu i full aut się kręci, więc pryskam na Węgorzyno, po paru km cofam się bo wiatr nie daje jechać...jeszcze 30 km, zmęczenie daje znać a na wylotowych gdzie się nie ruszę to wiatrzysko w pysk, aż z rowera wyrywa...jadę z powrotem na Ińsko...nawrót i do domu najwyższy czas, bo zmrok zapada a ja bez świateł, śmigam przez miasto jak błyskawica, jest udało się...ponad 300 km...a 3-4 razy już chciałem rezygnować, dobrze że jestem uparty..jutro odpoczynek i do regularnej pracy...moje marzenia na ten rok się spełniły, szybciej niż myślałem, teraz mogę sobie z aparatem pojeździć na ,,bezkrwawe łowy''...a na jesień jak ruszą chłody, może zaryzykuję na 350 km ? Hehehe... P.S Przydał by się partner do jazdy, ciągle sam i sam, nie ma nawet do kogo gęby otworzyć...chciał bym pośmigać w grupie , bo to inna technika jazdy...
Nie przejdziemy do historii szumni jak w piosenkach, Nie będziemy stali w glorii, z rowerami w rękach. Rozedrgane nasze cienie żółty kurz otuli, Jak toczące się kamienie z niebotycznej góry.
Ale póki co, ale póki czas Spróbujmy chwycić w dłonie umykający wiatr. Ale póki co, ale póki czas Spróbujmy zapamiętać, że żyć nam przyszło raz...
Parafrazując utwór Klenczona, pojechałem sobie, bo pogoda wymarzona, wiaterek zimny ale nie mroźny, słonecznie i żal że teraz nie mogę wykorzystać urlopu...ale i tak był to jeden z najpiękniejszych urlopów w moim życiu... CDN... Etap II... Jem obiadek i w drogę, przy wyjeździe z miasta na 3 wpycha mi się radiowóz, no panowie policjanci taki przykład dajecie kierowcom ? Z wiadomych względów w realu nie mogłem, bo byście mnie do końca życia umilali życie, więc teraz proszę... Potem była trasa na Kalisz - Złocieniec - Lubieszewo z tego 1,5 km przemaszerowałem po bruku bo mi rowerka szkoda... W domu doładowuję prowiant w kieszonki, i dalej na Ińsko - Chociwel - Oleszno zakręt na Konotop , nawrót i do doma... Kolejny rekord pobity...wow Złożyło się na to : Wyśmienita pogoda...dobrze zaopatrzony ,,bufet'' podręczny...regulacja i obniżenie siodełka...oraz myśl że to koniec urlopu... Muszę przyznać że urlop spędziłem ,,pracowicie'', ale już jutro do pracy solidnie ,,odpocząć''...hehehe Ostatnie 7 dni na rowerze...1039,74 km
Parę spraw w mieście załatwiłem...i o 11,00 ruszyłem w trasę,a na trasie ekipy drogowe remontują nam drogi całą mocą przerobową...oto scenka rodzajowa którą przyczaiłem... Samochód drogowców , za nim 2 słownie dwóch pracowników, jeden nabrał na łopatę coś czarnego co dumnie nazywamy wszyscy asfaltem, nie mylić z murzynem i rzucił to coś do dziury w szosie pełnej wody...pierwszy efekt, woda się rozchlapała na boki, teraz do akcji wkroczył 2 fachowiec, rozgarnął i wyrównał nogą tę czarną breję...przyklepał, zapalili i po robocie...odpalili auto i pojechali dalej remontować drogi, mimo iż obok zostało jeszcze 4-5 podobnych o różnej zawartości wody...chwilę później przejechał po tym TIR i połowę tego szajsu zabrał na swoje koła...o złodziejstwo Go nie podejrzewam, leżało, samo się przykleiło to i wziął.. Panowie kibice piłkarscy, śpijcie spokojnie...autostrady na Euro 2012 powstaną na czas, przy tak sprawnej drogówce to pomożemy przy drogach na Ukrainie... Ostatnie 7 dni jazdy na rowerze...1024 km...